Aktualności

Lupa i długo, długo nic

 


Organizatorzy 35. Warszawskich Spotkań Teatralnych mają powody do radości. Niemal na wszystkich spektaklach wyselekcjonowanych przez Zdzisława Pietrasika były nadkomplety – bilety rozeszły się jak świeże bułeczki, sprzedano setki wejściówek, a niektóre przedstawienia zdecydowano się zagrać dwukrotnie (Nie-boska komedia. Wszystko powiem Bogu! oraz poznańskie Dziady), a nawet trzykrotnie (Wycinka).

Zaproponowany program był jednak tyle atrakcyjny, co przewidywalny. Bo i przewidywalny jest polski teatr w obliczu jubileuszu. Nie sposób zaprzeczyć, że głównym inspiratorem zbiorowego zwrotu w stronę klasyków było 250-lecie teatru publicznego – bez niego daremnie by wypatrywać pojedynku na Dziady (wrocławski spektakl Michała Zadary i poznańska, choć chciałoby się rzec hollywoodzka inscenizacja Radosława Rychcika), próby scalenia dramatów Wyspiańskiego w czterogodzinny tryptyk (Wędrowanie Krzysztofa Jasińskiego), wyraźnych inspiracji Krasińskim w spektaklu Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego (wspomniana Nie-boska…), czy w mniejszym może stopniu powrotu do Gombrowicza (Iwona, księżniczka Burgunda w reżyserii Agaty Dudy-Gracz). Pozostałe spektakle zaproponowane przez Pietrasika również (przynajmniej pod względem wykorzystanego materiału literackiego) nie wykraczały poza polski obszar kulturowy. Pokazano adaptację niejednokrotnie nagradzanej powieści Szczepana Twardocha (Morfina Eweliny Marciniak), sztukę Artura Pałygi, jednego z najciekawszych obecnie dramatopisarzy (Tato w scenicznej interpretacji Małgorzaty Bogajewskiej) oraz spektakl Koń, kobieta i kanarek w reżyserii Remigiusza Brzyka, czyli bolesną opowieść o żonach górników tłamszonych przez katolicko-patriarchalną społeczność. Jedynie Wycinka Krystiana Lupy nie była odpowiedzią na jubileusz. A jednocześnie już od chwili ogłoszenia programu Spotkań było pewne, że to właśnie wrocławski spektakl stanie się wydarzeniem festiwalu.

I faktycznie, Lupa zdeklasował rywali. Nie chciałabym nazywać Wycinki „arcydziełem” czy spektaklem „genialnym” – chociaż takie określenia jak dotąd najczęściej pojawiały się w branżowej prasie. Jest to przede wszystkim teatr, który poraża pięknem prostoty, wyróżnia się na tle pozostałych spektakli swą nienachalnością i brakiem efekciarstwa. Dlaczego to takie ważne? Choćby dlatego, że tani efekt króluje we współczesnym teatrze. A przynajmniej ma przewagę liczebną.

Świadczą o tym chociażby dwie inscenizacje Dziadów. Radosław Rychcik, tegoroczny laureat Paszportu Polityki, postanowił przetransponować najbardziej polski dramat na grunt amerykańskiego świata popkultury. Dlatego w jego inscenizacji Guślarza zastąpił Joker otwierający wieczór piosenką Blue Room, wiatr podwiewał sukienkę Marylin Monroe, Rózia i Józio zostali wystylizowani na bliźniaczki ze Lśnienia, zaś Ksiądz Piotr siedział unieruchomiony na wózku inwalidzkim niczym Stephen Hawking. W tyle wydziarani mężczyźni grali w koszykówkę, a bliżej widowni, zaraz przy automacie z coca-colą, trzy kobiety wciśnięte w brokatowe suknie malowały paznokcie, czytały gazety, a czasami także podawały kwestie Chóru. W tak pojętym świecie Gustaw też już nie musi być Gustawem – spokojnie mógł go zastąpić półnagi i zarośnięty muzyk, rozpaczający po utracie ukochanej. Ogląda się to wszystko całkiem przyjemnie – ale najlepiej w ogóle zapomnieć, że kupiło się bilet na Dziady. Warszawska publiczność przyjęła spektakl raczej chłodno – rozgrzało ją dopiero spotkanie z reżyserem. Podczas przedstawienia można było jeszcze się łudzić, że Rychcik celowo Mickiewicza uniwersalizuje, czyni bardziej czytelnym, wyciąga z odmętów hermetyczności. Jednak podczas rozmowy z twórcą pogłębił się niepokój widowni, że więcej w tym wszystkim luźnych skojarzeń i przypadku, niż wnikliwej lektury.

Zupełnie inne reakcje, mimo wszystko, wzbudził spektakl Michała Zadary. Zadara należy do tych ambitnych strzelców, którzy, nawet jeśli zdarzy im się spudłować, to tylko do grubszej zwierzyny. Postanowił zatem wystawić Dziady w całości, nie roniąc przy tym ani słówka. Na ponad czterogodzinne przedstawienie złożyły się I, II i IV część Mickiewiczowskiego arcydramatu oraz wiersz Upiór (premiera części III odbyła się niedługo po zakończeniu Spotkań). Dbałość o słowo tym razem jednak nadto przechyliła się w stronę dosłowności i ilustracyjności. Było zatem „ciemno wszędzie, głucho wszędzie”, Zosia w kraśnym wianku na głowie, jako że za życia „nie dotknęła ziemi ni razu”, została podwieszona do liny i wymachiwała w górze nogami, zaś Złego Pana przez całą scenę podjadało zręcznie animowane ptaszysko. Reżyser wyczytał z III części dramatu, że Konrad nazywa siebie śpiewakiem – więc śpiewakiem uczynił Gustawa. Bartosz Porczyk, nominowany za tę rolę do Paszportu Polityki, nie ratuje tego spektaklu. Spektaklu, który nie jest w gruncie rzeczy niczym więcej, jak długim i żmudnym wypracowaniem na temat.

Ale jak głosi stara festiwalowa zasada – wszystko jest względne. Nie umiem sobie wyobrazić, co mogło podkusić Zdzisława Pietrasika, żeby zaprosić na festiwal Wędrowanie z Teatru STU. Spektakl Krzysztofa Jasińskiego jest długim (choć prowadzonym w zawrotnym tempie) i nudnym (choć efektów nie brakuje) przykładem złego gustu i zupełnie dowolnego mieszania konwencji. Trzeba mieć w sobie dużo samozaparcia, żeby dotrwać chociaż do końca Wesela, a przecież to dopiero pierwsza część tryptyku. Spory odsetek warszawskiej publiczności takiego samozaparcia nie miał i opuszczał widownię w trakcie przerw. Żaden ze spektakli zaprezentowanych na WST tak wyraźnie nie odstawał od pozostałych. W przedstawieniu Jasińskiego zabrakło tylko waty cukrowej i pana dmuchającego balony. Wszystko inne było: monologi Wyspiańskiego śpiewane pod muzykę Turnaua, hity disco polo, przy których bawili się weselnicy ubrani w kostiumy z epoki, efekty świetlne jak z Matrixa, ekrany wyświetlające obrazy Matejki albo tekst piosenek/monologów, albo gwiazdy… Beata Rybotycka śpiewająca kolędę w tle monologu Konrada oraz finałowy popis wokalny całego zespołu do muzyki Jana Kantego Pawluśkiewicza z Papuszy tylko wzmacniają ogólny niesmak. Jasną stroną tego festiwalu było jednak aktorstwo. Wpadkę Teatru STU przysłoniły świetnie występy dwóch innych krakowskich teatrów: Starego i Bagateli. Bolesna konfrontacja Strzępki i Demirskiego z romantycznym dramatem Krasińskiego, choć niewolna od dłużyzn, zaowocowała przede wszystkim znakomitymi rolami Doroty Segdy (grającej Barbarę Niechcic) oraz Juliusza Chrząstowskiego (Orcio). Wysiłek wyrównanego zespołu warszawska publiczność oklaskiwała na stojąco. Wysoki poziom zaprezentowali także twórcy spektaklu Tato. Małgorzata Bogajewska postanowiła przepleść tę retrospektywną opowieść o uwierającej relacji synowsko-ojcowskiej recitalowymi numerami w wykonaniu Eweliny Starejki, a także wykorzystać szeroki wachlarz umiejętności muzycznych całego zespołu (w tak powstałej aktorskiej orkiestrze nie zabrakło wiolonczeli i kontrabasu, a także perkusji, akordeonu czy przeszkadzajek).

Aktorskim koncertem najwyższej miary była – zgodnie z oczekiwaniami – wrocławska Wycinka. Widzowie zostali zaproszeni do wiedeńskiego salonu państwa Auersbergerów, w którym odbywała się „kolacja wybitnie artystyczna”. Spotkanie to z jednej strony było czymś na kształt stypy wydanej na cześć Joanny Thul, tancerki i aktorki, która powiesiła się w swoim rodzinnym domu. Z drugiej zaś strony stanowiło dla zgromadzonych artystów okazję, by poznać Aktora Teatru Narodowego, tryumfującego w Ibsenowskiej Dzikiej kaczce. Wspaniały jest Jan Frycz w swych kabotyńskich, nadętych monologach, a jednocześnie to on obnaża małość, obłudę i pretensjonalność artystycznego światka. Pięknie wtórował mu Piotr Skiba w roli Thomasa Bernharda, nie bez ironii komentującego ze swojego uszatego fotela wydarzenia tego artystycznego wieczoru. Wiele kwestii padających podczas spektaklu – bolesnych, ale i autoironicznych – można odczytać także jako prztyczki wymierzone przez Lupę polskiemu środowisku. Festiwal aluzji nie czyni jednak spektaklu hermetycznym ani publicystycznym – to wciąż teatr inteligentny i wysmakowany. Wycinka zachwyca także prostą, ale wysokiej urody scenografią oraz muzyką. Lupa jak zwykle sięga po klasyków: zapętla przejmującą The Cold Song Purcella, wspaniale wykorzystuje Bolero, jak nikt inny ogrywa ciszę.

Warszawska publiczność nigdy nie była publicznością łatwą. Niechętnie przyłącza się do ogólnych zachwytów, ale chętnie takie oceny rewiduje, czego kolejnym przykładem była jubileuszowa edycja Warszawskich Spotkań Teatralnych - festiwalu niewolnego od wpadek (także organizacyjnych), ale w gruncie rzeczy mogącego zaliczać się do udanych.

Ewa Uniejewska
Teatralny.pl
20-04-2015    

Znowu tłumy głosują nogami



35. Warszawskie Spotkania Teatralne. Pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie.

Osobliwy to jubileusz. Warszawskie Spotkania Teatralne, festiwal legenda, odbywały się w tym roku po raz 35., choć było to jednocześnie półwiecze tego przeglądu. Pierwszy festiwal zorganizowano w roku 1965, ale zawiłe ścieżki naszej historii, a i zmiany jego koncepcji sprawiły, że choć 50 lat minęło, festiwali było o 15 mniej. Wystarczy jednak, aby potwierdzić raz jeszcze, że to impreza o wielkiej tradycji. I choć zawsze organizatorzy, selekcjonerzy i kuratorzy podkreślali, że WST są takie, jaki jest polski teatr, zwykle wybuchały spory, czy tak jest rzeczywiście, czy może całkiem inaczej.

DOBRA SELEKCJA
Po trzech latach, które upłynęły od przejęcia roli gospodarza Spotkań przez Teatr Dramatyczny, innymi słowy, po trzech latach od powrotu WST do domu, bo Dramatyczny najdłużej nimi w przeszłości zarządzał, można powiedzieć, że nowa formuła okazała się trafiona. Otóż zamiast komisji artystycznych, zespołów opiniujących i podobnych "ciał" Dramatyczny powoływał kuratorów kolejnych edycji przeglądu (i jego działów, bo oprócz głównego nurtu organizowano tzw. małe WST, czyli przegląd spektakli dla dzieci, i imprezy towarzyszące, w tym roku przegląd spektakli telewizyjnych). Jednoosobowa odpowiedzialność za program sprawdziła się, nawet jeśli selekcjonerom przychodziło niekiedy zawierać trudne kompromisy z samymi sobą. Trzy lata temu obowiązki kuratora sprawował Jacek Rakowiecki, a od dwóch lat Zdzisław Pietrasik. Pomysł, aby kuratorzy nie wywodzili się z grona zawodowych krytyków teatralnych, ale reprezentowali szersze zainteresowanie sztuką i kulturą, także okazał się trafny.

Gdyby przyjąć tezę, że WST to okno na polski teatr, można by wyciągnąć wniosek nazbyt krzepiący, że teatr ma się dobrze, a nawet jeszcze lepiej. Bo jednak, mimo zastrzeżeń, że WST nie mogą być lepsze od polskiego teatru, takie właśnie są, choćby dzięki selekcji - do przeglądu zaproszone zostają spektakle najlepsze lub najciekawsze, tak czy owak wystające ponad poziom przeciętny, o prześlizgnięciu się całkiem mizernych raczej mowy nie ma. WST dają zatem obraz podretuszowany, nawet jeśli selekcjonerom zdarzało się prześlepiać inscenizacje dobre, a nawet bardzo dobre albo nie udało się zaprosić niektórych na zaproszenie zasługujących, ale ze względów organizacyjnych, a czasem finansowych, nieosiągalnych.

Jeśli tak o tym piszę, to dlatego, że tegoroczna selekcja okazała się nad podziw satysfakcjonująca. Tak głosowała publiczność, jak zwykle nogami - na wszystkich spektaklach były nadkomplety. "Wycinka" Krystiana Lupy, przedstawienie najlepsze, pokazywana była trzykrotnie (a planowano początkowo tylko dwa razy), dosłownie oblegana przez widzów, a większość spektakli kończyła się owacjami na stojąco. Tylko jeden wyłożył się jak długi - "Wędrowanie", tryptyk Krzysztofa Jasińskiego zmontowany z trzech dramatów Stanisława Wyspiańskiego ("Wesele", "Wyzwolenie", "Akropolis"), na którym do trzeciej części nie dotrwała czwarta część widowni, a brawom nie było początku. Pomysł był dobry, ale wykonanie... Spektakl miał uświetnić jubileusz półwiecza dyrekcji Jasińskiego w Teatrze STU, lecz pomysłodawca najwyraźniej przedobrzył.

Rozczarowały poznańskie "Dziady" w reżyserii Radosława Rychcika, które, wizualnie atrakcyjne, aktorsko też ciekawe, okazały się spektaklem niezbyt mądrym. Przebieranie bohaterów Mickiewiczowskiego poematu za bojowników o wyzwolenie czarnoskórej mniejszości w Ameryce wydaje się cokolwiek wydziwione. A jeśli dodamy do tego Jokera, który pełni tu honory Guślarza, otrzymamy miszmasz, chwilami zabawny, ale w większej części pozbawiony głębszego sensu.

TERAZ ŚLĄSK I ZAGŁĘBIE
Geografia WST trzymała się w zasadzie tradycji, czyli dominowały te same trzy-cztery ośrodki: Wrocław, Kraków, Poznań i Łódź. Do owej wielkiej czwórki doszły Górny Śląsk i Zagłębie (Teatr Śląski i Teatr Zagłębia z Sosnowca). Wrocław, a ściślej Teatr Polski we Wrocławiu, obecny był z dwoma tytułami, prócz wspomnianej "Wycinki" pokazał tzw. pełne "Dziady", części I, II i IV oraz wiersz "Upiór", w reżyserii Michała Zadary. Aż trzy przedstawienia przyjechały z Krakowa, jedno jak zwykle ze Starego Teatru, a była to "Nie-boska komedia. Wszystko powiem Bogu!" duetu Monika Strzępka i Paweł Demirski. Niespodzianką, bardzo dobrze przyjętą, było zaproszenie spektaklu krakowskiej Bagateli - "Taty" Artura Pałygi w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej, porażką okazało się wspomniane już "Wędrowanie". Śląsk zaciekawił ostrymi obrazami z przeszłości i współczesności, spektaklem "Koń, kobieta i kanarek" w reżyserii Remigiusza Brzyka podjął społeczną interwencję, uderzając w skansen uświęconej śląskiej rodziny, a "Morfiną" według powieści Szczepana Twardocha w reżyserii Eweliny Marciniak postawił pytanie o śląską/polską/niemiecką tożsamość. Łódzki Teatr im. Stefana Jaracza pokazał Gombrowiczowską "Iwonę, księżniczkę Burgunda" w nowej interpretacji Agaty Dudy-Gracz. Festiwal został zdominowany przez repertuar polski. Tylko jedno przedstawienie, za to wybitne, "Wycinka" według Thomasa Bernharda, oparte było na literaturze obcojęzycznej. W jakiejś mierze poznańskie "Dziady" wchłonęły tropy z literatury i kultury amerykańskiej, więc to polski tekst z przymieszkami. Polski repertuar reprezentowały cztery klasyki (dwa razy "Dziady" i "Wędrowanie" Wyspiańskiego oraz Gombrowicz) i cztery sztuki/scenariusze współczesne, przy czym współczesna "Nie-boska komedia" wykorzystała fragment dzieła Zygmunta Krasińskiego. Panowała więc idealna równowaga między dawnymi a nowymi laty. Również zrównoważona okazała się reprezentacja kobiet i mężczyzn reżyserów, choć wśród autorów granych tytułów nie było parytetów - wszyscy reprezentowali płeć brzydką.

Kobiety i mężczyźni
Szeroka reprezentacja kobiet-reżyserów oddaje stan rzeczy w polskim teatrze. W ostatnim dziesięcioleciu zdobyło ostrogi wiele reżyserek, osiągając wysoką pozycję zawodową i rozpoznawalność języka teatralnego. Taka jest bez wątpienia Agata Duda-Gracz, zawsze w wyrafinowany sposób igrająca z kiczem. Własną plastyką sceniczną, cielesnością operuje Ewelina Pietrowiak. Precyzją w organizacji przestrzeni i działań scenicznych odznacza się Małgorzata Bogajewska, a swego rodzaju dezynwolturą Monika Strzępka, tworząca wraz z Pawłem Demirskim mocne społecznie i politycznie komentarze rzeczywistości. W "Nie-boskiej..." odwołują się oni do emocji, często posługują się ciętym dowcipem, aluzją, akcentem publicystycznym, mieszają formy, jak romantycy, aby wywołać bunt przeciw światu. To ich lament nad niesfornie opornym światem, niezdolnym już (?) do odnowy.

Mężczyźni - w przeciwieństwie do kobiet - poszukują uniwersalnych prawd w klasyce. Najciekawsza okazała się konfrontacja dwóch skrajnie odmiennych sposobów podejścia do materii literackiej: swego rodzaju pietyzmu Michała Zadary i nieposkromionej feerii pomysłów, ignorowania kontekstów kulturowych i warstwy symbolicznej przez Radosława Rychcika. Przy czym rzecz ciekawa - zwariowane "Dziady" Rychcika mniej uwierają dzięki "Dziadom" Zadary. Być może zmierzamy do swego rodzaju normalności, tak jak w teatrze niemieckim. Tam zawsze gdzieś gra się i czyta całego "Fausta", a zarazem wyprawia z "Faustem" najdziksze harce. Pomysł Zadary, aby "Dziady" porządnie przeczytać od deski do deski, zasługuje więc na głębokie uznanie, zwłaszcza że znalazł dla tego czytania nader atrakcyjną formę i doskonałych wykonawców. Dotyczy to szczególnie kreacji Bartosza Porczyka, choć nie tylko. Porczyk objawia tu siłę niezwykłą, wydobywając z tekstu Mickiewicza dziesiątki niuansów, różnicując je emocjonalnie i intelektualnie, nadbudowując muzycznie - fragmenty śpiewane dodają monologowi mocy, unoszą ponad zwykłe doświadczenie. Porczyk oddaje na scenie szaleństwo odtrąconego kochanka, ból straty, gorycz, zagubienie i wiele jeszcze innych stanów ducha, które wywołuje we wspomnieniach. Ta kreacja to nie tylko wielkie osiągnięcie aktorskie, wielka rola - to także zracjonalizowana metafora. W jego scenicznym objawieniu bowiem spotyka się spojrzenie racjonalisty, kogoś, kto trzeźwo próbuje oceniać swoją sytuację, z bez mała schizofrenicznym widmowym oddaleniem, przejściem na drugą stronę istnienia, jeśli taka strona istnieje lub istnieć może (a w wyobraźni na pewno może).

W "Dziadach", i w równie intensywnym stopniu w "Wycince", ujawniła się moc aktorskiego rzemiosła. Zespół wrocławskiego Teatru Polskiego zasłużył na długotrwałe owacje, których nie szczędzili mu widzowie. Jak w "Dziadach" Porczyk okazał się doskonałym solistą, tak też w "Wycince" porywająco zagrał Jan Frycz. W drugiej części spektaklu przejął ciężar przewodnika jako aktor Teatru Narodowego (pikanterii dodaje tu rzeczywista przynależność Frycza do zespołu TN). Wynurzenia aktora o budowaniu roli Ekdala w "Dzikiej kaczce" Ibsena, o jej wyższości nad innymi rolami i okolicznościach, w jakich ta rola się rodziła w bólach, pocie i znoju, stają się popisem skrajnego samouwielbienia, egotyzmu, demonstracyjnej pychy (a przy okazji dostaje się Teatrowi Narodowemu). Frycz usadza swoich słuchaczy i rozmówców gromiącymi minami i podniesionym głosem, wodzi rej przy stole, daje do zrozumienia tonem nieznoszącym sprzeciwu, kto tu zasługuje na najwyższy podziw, by nie powiedzieć adorację. Ta sekwencja spektaklu budzi żywiołowy śmiech, ale nie jest przecież tylko przejawem poczucia humoru twórcy i jego ironii, to także sposób kompromitacji (w tym wypadku auto-kompromitacji) środowiskowego bóstwa sukcesu, które okazuje się puste jak inni. Choć to jemu właśnie przypadną słowa buntu przeciw politykom i władcom tego świata, lekceważącym teatr, kulturę i społeczeństwo.

"Wycinka" zachwyca aktorstwem, ale i doskonałością reżyserii. Nie trzeba nikogo przekonywać, że Krystian Lupa to reżyser doskonały, który jako znawca teatralnego rzemiosła umie wszystko. A przecież nawet jemu zdarzały się przedstawienia słabsze, zrealizowane mimochodem, niedopracowane. To krzepiące, że znowu zabłysnął sztuką, dając młodszym przykład, jak prowadzić tę ryzykowną grę w teatr.

USŁYSZCIE ICH GŁOS
To były dobre dni polskiego teatru. Pietrasikowi udało się zgromadzić artystów, którzy wiedzą, czego chcą, i potrafią to scenicznie ukształtować. Chyba najwięcej kłopotów mają z mikroportami. Aktorzy oduczyli się mówić na scenie, mówić do siebie i mówić w dużej sali (nie dotyczy to zespołu z Wrocławia). Może lepiej panują nad ciałem, dzisiaj pewnie Grotowski nie byłby tak przerażony nieświadomością użytku własnych kończyn, demonstrowaną przez aktorów w latach 60., ale z głosem, z małymi wyjątkami, jest fatalnie. A w teatrze, o czym wiadomo od wieków, liczy się nie tylko, CO jest grane, ale przede wszystkim JAK jest grane. O to dopominali się i o to pytali widzowie podczas spotkań z twórcami, na które zapraszali organizatorzy WST po każdym spektaklu.

"Znowu tłumy głosują nogami"
Tomasz Miłkowski
Przegląd nr 16/13.04
14-04-2015

Taki jest polski teatr



35. Warszawskie Spotkania Teatralne. Pisze Marzena Rutkowska w Tygodniku Ciechanowskim.

Już po raz 35. teatralna Warszawa miała swoje święto. Na przełomie marca i kwietnia odbyła się kolejna edycja Warszawskich Spotkań Teatralnych. Po raz drugi za dobór repertuaru odpowiedzialny był znany krytyk filmowy Zdzisław Pietrasik. Od razu nasuwa się stwierdzenie, że wybór nie był łatwy.

"Dziady"
Widzowie obejrzeli dwa (jakże różne) spektakle "Dziadów". Wyreżyserowane przez Radosława Rychcika z Teatru Nowego w Poznaniu zdobyły nagrodę główną na 39. Opolskich Konfrontacjach Teatralnych. Spektakl szalenie kontrowersyjny podzielił widzów i krytykę - od zachwytu do totalnej negacji. Należę do tej drugiej części. I jestem oburzona tą inscenizacją. Jest ona dla mnie zupełnie nie do przyjęcia. Wyszukiwanie niemającej nic wspólnego z Mickiewiczem ideologii i dziwacznej fabuły. Zaproszenie czarnoskórych aktorów nie jest miarą ponadczasowości i uniwersalności dramatu Mickiewicza. Nie zgadzam się z opiniami kilku krytyków, że te "Dziady" są o nas, tu i teraz. Po co więc z pozoru zdolny reżyser wykorzystuje w swoim bełkotliwym przedstawieniu kreację Gustawa Holoubka. Skoro jest tak mądry i zdolny, mógł wszak wymyślić coś szalonego. Dziwię się, że rodzina wielkiego aktora wyraziła zgodę na zaistnienie tej interpretacyjnej kreacji w takiej miernocie. To, co się zapamiętuje najbardziej z tego żenującego przedstawienia, to pulchne, czarne pupy (mocno obnażone). To niewiele. Jarmarczne pomysły rozmywają tekst i fabułę dramatu.

Druga inscenizacja "Dziadów" przywędrowała z Teatru Polskiego we Wrocławiu.
Cóż z tego, że reżyser Michał Zadara zainscenizował cały tekst I, II i IV części "Dziadów" (dokładając wiersz "Upiór"), skoro przedstawienie jest niespójne, długie i nudne. Wielokrotnie nagradzany aktor Bartosz Porczyk jest kabaretowym błaznem, a nie mickiewiczowskim Gustawem. Zamiarem reżysera było podobno uczłowieczenie tekstu Mickiewicza, pozbawienie go romantycznego patosu. Co powstało? Populistyczny, tani, często groteskowy i przerysowany konterfekcik. Wszystko na scenie zmienia się i wiruje. Tylko tak naprawdę niczemu nie służy. Ale te "Dziady" w porównaniu z poznańskimi są bliższe Mickiewiczowi.

"Morfina" [na zdjęciu]
Młoda reżyserka Ewelina Marciniak zmierzyła się z ważnym tekstem Szczepana Twardocha "Morfina". Poszatkowała go, niemiłosiernie wymieszała i stworzyła inscenizacyjny bałagan. Kto nie zna prozy Twardocha, ten nie wie, o co tak naprawdę chodzi w tym przedstawieniu. Bo myślę sobie, że młoda reżyserka też ma niewielką wiedzę o życiu, polityce, powstaniach, ludziach i literaturze. Nie wiem, co autor myśli o tych "zabawach" reżyserki. I choć w dyskusji po spektaklu znana aktorka Emilia Krakowska wygłosiła panegiryk na temat tej inscenizacji, to ja nie zrezygnuję ze swojej opinii, że Marciniak dokonała gwałtu na prozie Twardocha. Spektakl przyjechał z Teatru Śląskiego w Katowicach.

"Nie-Boska komedia"
Teatr Stary z Krakowa zaproponował warszawskiej widowni "Nie-Boską komedię". To praca najbardziej obrazoburczego duetu inscenizatorów Strzępka - Demirski. Zwariowany duet, zwariowana inscenizacja. Wszystko kręci się i wiruje na przysłowiowej karuzeli. Twórcy tego widowiska konfrontują się z romantyzmem Zygmunta Krasińskiego. Gonią, pędzą, mieszają. Krytykują jak zawsze i w ulubiony dla siebie sposób obrażają. Ten niepokorny duet lubi wylewać hektolitry goryczy. Atutem kontrowersyjnego spektaklu jest znakomite aktorstwo Doroty Segdy, Doroty Pomykały, Anny Radwan, Małgorzaty Hajewskiej, Marty Nieradkiewicz, Marcina Czarnika i Szymona Czackiego.

"Koń, kobiety i kanarek"
Teatr Zagłębia z Sosnowca zaprezentował tekst Tomasza Śpiewaka "Koń, kobiety i kanarek" w reżyserii Remigiusza Brzyka. To reżyser, który uwielbia mącić i obrażać. Perfekcyjnie zdarzyło mu się to w Teatrze Powszechnym w Warszawie, który chciał wywrócić do góry nogami. W Sosnowcu zrobił przedstawienie ze słabymi aktorami i obrazoburczą treścią. Brzyk atakuje bezpardonowo myśli polskiego papieża Jana Pawła II (który był niekłamanym światowym autorytetem) i wypowiada się na temat aborcji. A ta inscenizacja nie jest niczym innym jak feministyczną agitką i wykoślawionym obrazem pobożności.

"Iwona, księżniczka Burgunda"
Popis reżyserskiej arogancji zaprezentowała Agata Duda-Gracz. Z aktorami popularnego w Łodzi "Jaracza" pokazała "Iwonę, księżniczkę Burgunda". Przedstawienie zdobyło dwie prowincjonalne nagrody teatralne. Reżyserka przedstawia pusty, choć jarmarcznie kolorowy świat. Pusta, choć kolorowa jest jej inscenizacja. I choć reżyserka zafascynowana jest wielkością Gombrowicza, to spektakl stworzyła mały i miałki. Tytułowa Iwona jest rozedrganą, nagą histeryczką (gołe ciało Iwony okrywa przeźroczysta, muślinowa sukienka). W tym przedstawieniu nie ma majestatu władzy. Gejowskie towarzystwo odziane w futrzane szale snuje się po scenie w erotycznych pozach (dużo jest erotyzmu i w tym przedstawieniu). Ci ludzie czegoś szukają w życiu, ale na dobrą sprawę nie wiadomo czego. Nie pomagają śpiewy ni pawie pióra. Jest na szczęście niezłe aktorstwo Mariusza Jakusa, Katarzyny Cynkę i Ireneusza Czopa. Dość interesująco wypadła muzyka autorstwa i w wykonaniu Mai Kleszcz i Wojciecha Krzaka.

"Tato"
Pozytywnie zaskoczył widzów Teatr Bagatela z Krakowa. Spektakl "Tato" kontrowersyjnego autora Artura Pałygi zgrabnie i dość rzetelnie wyreżyserowała Małgorzata Bogajewska. Świetne pomysły inscenizacyjne wzbogaca talent i muzyczne umiejętności aktorów (wśród których bryluje Przemysław Branny). Swoim talentem olśniewała widzów Ewelina Starejki jako jedyna kobieta w tym wyrównanym zespole. Spektakl jest znakomitym konterfektem minionej epoki. Funkcjonalna scenografia autorstwa Dominiki Skazy przybliża widzom realizm sytuacyjny i prawdę o bohaterach. Po spektaklu była owacja na stojąco.

"Wędrowanie"
Przyjemność mieli widzowie oglądający "Wędrowanie". To Teatr Stu z Krakowa. Było miło, łatwo, lekko i przyjemnie, jak to u Krzysztofa Jasińskiego. Trzy rzeczy w jeden wieczór - "Wesele", "Wyzwolenie" i "Akropolis". Miał to być (w założeniu reżysera tryptyk - misterium). Ostał się ino tryptyk. Świetna muzyka znakomitych kompozytorów (m.in. J. Kanty Pawluśkiewicz i M. Grechuta). Ciekawe rozwiązania inscenizacyjne, interesująca scenografia i kostiumy. Znakomite aktorstwo genialnej wprost (głównie wokalnie) Beaty Rybotyckiej i Radosława Krzyżowskiego. Nie sposób nie zauważyć Roberta Koszuckiego, Andrzeja Roga czy Krzysztofa Pluskoty. Zawiódł jednak główny bohater całego przedsięwzięcia. Krzysztof Kwiatkowski (młody i niezwykłe przystojny) nie udźwignął żadnej z ról, a najbardziej roli Konrada. Tyle w tym spektaklu dobrego, a jednak w całości okazał się miałki i trochę pusty. Nowoczesne zabiegi reżysera odarły go z intelektualnej intensywności.

"Wycinka"
I na koniec dorodny teatralny kołacz. Wielkie przedstawienie wielkiego reżysera. To przebijająca wszystko "Wycinka" z Teatru Polskiego we Wrocławiu. Na życzenie widzów grana aż trzy razy w sali mającej 500 miejsc i mieszczącej dodatkowo 100 wejściówek.
Sukces zespołu wrocławskiego teatru i krakowskiego reżysera. Coś absolutnie niezwykłego w teatrze. Niemal somnambuliczna narracja zniewalała widzów od pierwszych scen. Ten spektakl oczarował i zaczarował widzów. Prawie pięć godzin w sali widowiskowej wydawało się chwilą. Spektakl jest mistrzowską kompilacją reżyserskiego kunsztu i inscenizacyjnej sprawności Krystiana Lupy i niezwykłego mistrzostwa aktorskiego Haliny Rasiakówny i Piotra Skiby. Lupa smaga biczem i wali po oczach całą teatralną współczesność. Nie ma litości. Gniewa się i krzyczy. Ale i boleje nad samotnością ludzką i nicością świata. Ten spektakl jest jeszcze lepszy od głośnego "Wymazywania". Klękam po raz drugi przed Lupą (kiedyś zrobiłam to w Dramatycznym właśnie po "Wymazywaniu"). Ten spektakl ratuje honor, pozycję i model polskiego teatru. Prezentowany jako ostatni na spotkaniach pozostaje najdłużej w pamięci. To sukces nie tyko Lupy i Wrocławia, ale polskiego teatru. Swój sukces w tym spektaklu odnotować powinni również Jan Frycz, Ewa Skibińska i Bożena Baranowska.
"Wycinka" to przedstawienie przekorne i przewrotne. Dla inteligentnego widza. Są w nim domysły i pewna symbolika. Autor tekstu Thomas Bernhard - tak mi się wydaje - jest pretekstem do przedstawienia i poruszenia pewnych teatralnych problemów. Bo tych problemów mamy w Polsce sporo. Często boimy się albo nie chcemy o nich mówić.
Lupa chcąc nie chcąc staje się prekursorem współczesnych rozliczeń z polskim teatrem. Ten spektakl powinien rozpocząć dyskurs, debatę o teatrze. Czy tak się stanie - nie wiadomo. Jedno jest pewne, że ten istotny, ważny i bardzo znaczący spektakl ocalił Warszawskie Spotkania Teatralne.
Bo teatr mamy jaki mamy. Młode pokolenie inscenizatorów, generalnie rzecz biorąc, dewastuje polski teatr. Dla tego pokolenia realizatorów nie liczy się literatura, widz, przesłanie. Liczy się pieniądz, rozgłos i własna pozycja. Im głupiej, banalniej, obrazoburczo - tym lepiej. Część widzów niestety akceptuje ten istniejący status quo.
Kiedyś teatr potrafił wprowadzić widza w nowy, lepszy świat. Dziś wkracza w świat barbarzyńców. Zabrakło tak zwanego teatru środka. Teatru normalnego, w którym spektakle realizowane są uczciwie, profesjonalnie, rzetelnie. Czy taki teatr przetrwa? Czy zapisze się na stałe w annałach polskiej kultury?

"Taki jest polski teatr"
Marzena Rutkowska
Tygodnik Ciechanowski nr 15
14-04-2015

partnerzy.jpg